Wyobraź sobie, że jesteś pełnym sił i zdrowym człowiekiem (mężczyzną lub kobietą). Wracasz po zakupach, trzymasz w rękach pełne siatki. Nagle dobiega do Ciebie wysoki, mocno zbudowany Pan, zabiera Ci wszystkie torby i stwierdza, że będzie je teraz nosił za Ciebie. Jesteś lekko zmieszany, w pierwszej chwili przestraszyłeś się, że to złodziej. Idziecie kawałek, prosisz Pana, żeby oddał Ci siatki, bo sobie świetnie radzisz. Pan się jednak upiera przy swoim i nie chce Ci oddać, bo uważa, że potrzebujesz jego pomocy…

Co byś wtedy pomyślał: „O, jaki sympatyczny człowiek, z nieba mi spadł!” czy raczej: „Jakim prawem zabrał moje rzeczy i postanowił mi pomóc, kiedy wcale o to nie prosiłem?” Powyższa sytuacja wydaje nam się absurdalna. A jednak zbyt często dajemy sobie prawo, by pomagać, doradzać lub ostrzegać innych bez pytania i nierzadko zgadzamy się być odbiorcami tychże zachowań, nie widząc w tym problemu.

Oczywiście są okoliczności, gdzie ta zasada ma ograniczone zastosowanie, bo umówiliśmy się inaczej. Np. w nowej pracy możemy cieszyć się z inicjatywy wspierających nas współpracowników. W bliskiej przyjaźni dajemy sobie prawo czasem powiedzieć wprost: „Stary, weź się ogarnij, zrób tak i tak”. Albo u lekarza, do którego poszliśmy właśnie po poradę i pomoc w sprawie naszego zdrowia.

Wyróżniam dwa rodzaje niechcianej pomocy. Pierwsza jest reakcją na sygnalizowany przez nas problem lub trudność, np. „Jestem chora” – „To powinnaś leżeć w łóżku”. Druga pomoc wychodzi z inicjatywy rozmówcy, który mylnie interpretuje daną rzecz jako problem, tak jak w sytuacji przedstawionej na wstępie.

Co niewłaściwego kryje się w radzeniu czy pomaganiu bez proszenia?

1. Brak poszanowania czyjejś odrębności i podmiotowości

„Bo ja wiem lepiej, co jest dla ciebie dobre”.

Witkor Osiatyński, polski prawnik, wykładowca i działacz społeczny powiedział, że prawa nie tylko chronią człowieka, ale też „stwarzają człowiekowi warunki do tego, by być właścicielem własnego życia i losu. (…) Bardzo mało ludzi jest właścicielami swojego życia i losu”, dodał również, że to „niebanalna rzecz”. Wyjątkowo trafnie ujął prawo człowieka do autonomii. Ja mam niepohamowaną potrzebę bycia swoim jedynym właścicielem.

Pomimo funkcjonowania w danym społeczeństwie, każdy z nas nadal pozostaje oddzielną, wolną jednostką, która podejmuje własne decyzje i ponosi za nie odpowiedzialność (choć nie każdy chce skorzystać z tej wolności i ma też takie prawo). Radzenie czy pomaganie komuś bez jego wyraźnej zgody jest zachowaniem intruzywnym, wchodzeniem na jego terytorium psychologiczne, przekraczaniem jego granic – czyli postawą nieasertywną.

Nie można sobie pozwolić, by nawet dzieciom stale doradzać i pouczać, jak mają się bawić, ubierać czy spędzać swój czas wolny. Bo dzieci nie potrzebują wychowywania (to słowo w formie czasownika zakłada przedmiotowość i instrumentalne podejście do dzieci), tylko współtowarzyszenia i przewodnictwa. Od mojego wczesnego dzieciństwa moja mama nigdy nie zmuszała mnie do noszenia zimą czapki (dziękuję, mamo!). Obdarzyła mnie zaufaniem. Gdy było mi zimno, to ją zakładałam. Albo i nie. I nie, nie chorowałam nigdy na zapalenie zatok. Mając wolność w kontekście ubioru, byłam mocno zdziwiona, gdy jako dorosła kobieta słyszałam w Polsce raz po raz rady ze strony innych – najczęściej starszych kobiet – bym założyła bluzę, czapkę i nie wiadomo co jeszcze, bo przecież zmarznę. I mówili to z taką pewnością, jakby bardziej ode mnie znajdowali się w moim ciele i znali jego potrzeby.

nieproszone rady

Powiedzmy sobie wprost: rodzice często nie wiedzą – tylko im się wydaje, że wiedzą – co będzie dla ich dziecka dobre, niezależnie od jego wieku. Doradzają, ostrzegają, pomagają na siłę nawet w ich dorosłym życiu. Nie bez przyczyny w tym punkcie skupiłam się na relacjach rodzic-dziecko, bo skoro ograniczony dostęp do naszej wolności mają nawet najbliższe nam osoby i to nawet wtedy, gdy nie przekroczyliśmy jeszcze magicznych 18 lat, to co można by powiedzieć o prawie innych ludzi do wkraczania w nasze decyzje i wybory?

­­„Nikt nie zna nas lepiej, niż my sami. Nikt nie ma dostępu do naszych pragnień, zapomnianych marzeń i osobistych preferencji. Rady i sugestie innych ludzi są jedynie ich własną projekcją tego, co w ich rozumieniu jest dobrą dla nas decyzją” (Michał Pasterski, coach) 

Kończąc temat dzieci – mam ulubiony przykład nachalności z własnego życia. Podczas rozmów z ludźmi nie ukrywam faktu, że nie chcę mieć dzieci. Pytanie, które pada po tak szokującym dla wielu oświadczeniu brzmi: „Dlaczego?!”. Nigdy?”. I niezależnie od tego, jaki powód bym nie podała (tych powodów jest kilka), to większość ludzi (bez rozróżnienia wiekowego) reaguje według tego samego schematu. Moją decyzję postrzega jako problem, zatem zaczyna obalać moje argumenty i „pomagać”, tłumacząc mi, jak mogę sobie z daną kwestią poradzić. Wyraża wobec mnie swoje współczucie i żal, że nie doświadczę tak wspaniałego przeżycia, jaką jest zostanie matką. Próbuje przemówić mnie do rozsądku, przekazując swoją ideę, że każdy „normalny” człowiek powinien dążyć do rodzicielstwa. W końcu rzuca dojrzałym i dalekwzrocznym tonem (a tak naprawdę prymitywnym): „Zobaczysz, za kilka lat ci się zmieeeni!”. Tu w ogóle nieistotne, czy mi się zmieni, czy nie. Dostrzegam ogromną trudność, z jaką akceptujemy i uznajemy prawo innych do odmienności i ogromną łatwość, z jaką wkraczamy w czyjś prywatny teren psychologiczny bez przyzwolenia.

2. Twoją głupotę

„Skoro Ci radzę, zakładam, że sam na to nie wpadłeś”.

W grudniu 2016 pojechałam na wakacje do Polski. Któregoś poranka czekałam na przystanku na autobus. W pewnym momencie zbliżył się do mnie Pan w wieku 50-60 lat i mówi: „Proszę zamknąć tę torebkę, bo Panią okradną, ma Pani wszystko na wierzchu”. Trochę mnie ten tekst zirytował, wzięłam głęboki oddech i odpowiedziałam ze spokojem tak, jak wtedy czułam (choć nie była to idealna reakcja): „Wie Pan co, mieszkam na stałe w Anglii i tam nikt nie pozwala sobie na takie uwagi, a ja bardzo nie lubię, gdy ludzie mi doradzają”. Pan nawet nie próbował chować swojego oburzenia: „No dobrze, ja już nic nie mówię, to proszę mieć wszystko na wierzchu”„Ale teraz też mi Pan doradza”. Pan odszedł na bok i po chwili dodał swoją ostatnią myśl: „Polacy wyjeżdżają do Anglii i myślą, że są lepsi, a to gówno prawda!”.

Pan, zwracając się do mnie z taką poradą, nieświadomie z góry założył, że nie jestem świadoma ryzyka noszenia otwartej torebki. Nie wątpię w jego szczere zamiary niesienia mi pomocy, chciałabym również, by inni nie wątpili w moją (lub Twoją) wyobraźnię i inteligencję. Pan się zdenerwował, gdy nie skorzystałam z jego porady i nie powiedziałam czegoś w stylu: „Och, dziękuję, jest Pan taki troskliwy, faktycznie powinnam zamknąć tę torebkę”. Przyjął postawę defensywną, a następnie zaatakował. Zauważyliście, że to dość popularna forma obrony wśród wielu nieproszonych doradców? Ten wątek omawiam szerzej w ostatnim punkcie.

nieproszone rady

Ta w sumie błaha sytuacja śmieszyła mnie przez resztę dnia, a jednocześnie przypomniała o jednym z powodów, dlaczego nie chciałam dłużej mieszkać w Polsce. Tam stale ktoś mi doradzał…

Wcielając się w rolę doradcy i pomagacza, stawiamy siebie wyżej i tym samym poniżamy naszego rozmówcę. Próbujemy ją pouczać, wyręczyć, przestrzegać. Jasne, zawsze znajdzie się ktoś mądrzejszy w konkretnej dziedzinie. Tylko, że w pomaganiu z reguły wcale nie chodzi o posiadanie racji. Chodzi bowiem o pozwolenie, by ktoś sam dochodził do swojej prawdy i by na tym mógł zbudować szacunek, poczucie własnej wartości i zaufanie do siebie. Ciągłe naprowadzanie kogoś na „właściwą” drogę i chronienie go przed błędami i porażkami odbiera mu zaszczyt bycia panem własnego życia.

3. Fałszywa troska

„Tak naprawdę chcę, byś się zamknął i działał według mojej filozofii”.

„Doradzanie ludziom jest ucieczką od cudzych problemów, bo udzielamy rady, żeby się zamknął. Prawdziwa pomoc jest tylko wtedy, gdy jest spełnieniem Twojej potrzeby. Osoby, które chcą nas uszczęśliwić na swoich warunkach, są roszczeniowe, nie liczące się z nami, stosujące szantaż, przemoc” (Mieczysław Wojciechowski, psycholog).

Przykładem może być sytuacja, gdy na zdanie, że boli nas głowa, słyszymy: „To weź lek przeciwbólowy”. Albo żalimy się komuś, że nam smutno i słyszymy: „Uśmiechnij się i nie martw się, wszystko będzie dobrze” lub „Chodź, idziemy napić się i tańczyć, zaraz o wszystkim zapomnisz”.

nieproszone rady

Jak wspomniałam w poprzednim punkcie, w prawdziwym pomaganiu nie chodzi o posiadanie racji, ale również o szczerą troskę poprzez spełnianie czyichś potrzeb. Co oznacza, że najpierw musimy dobrze (po)znać potrzeby tej osoby, a następnie otrzymać zaproszenie lub zgodę, by zaangażować się w pomoc. Niechciane rady nie mają większego sensu i wartości, bo… są niechciane. Jeśli ktoś nie jest zainteresowany pomocą innych i wewnętrznie niegotowy na zmianę, to nawet cała ludzkość zebrana razem nic na to nie poradzi. Zatem po się wychylać, zamiast dać innym żyć po swojemu?

„Pomożemy mu choćby nie chciał. Gdy zacznie uciekać, dogonimy go i jeszcze raz mu pomożemy (powiedzenie białostockie). To definicja pomagactwa, uszczęśliwiania kogoś na siłę. Im większa natarczywość i nachalność, tym większy sygnał, jak bardzo dana osoba z nami się nie liczy. Gdy odmówimy przyjęcia pomocy, u drugiej strony może się pojawić rozczarowanie, pretensje i bierna agresja w takiej mniej więcej postaci: „Wiem, jak Ci pomóc, podaję Ci najlepsze rozwiązanie, a Ty nie chcesz z niej skorzystać. Twoja decyzja. Następnym razem nie będę Ci doradzać, skoro Ty wszystko wiesz lepiej”.

Ostrzeżenia są kolejną formą pomagactwa: „Uważaj, bo…”, „Uważaj na siebie, proszę…”, najczęściej słyszaną z ust ludzi przepełnionych lękami po uszy, którzy przez całe swoje dotychczasowe życie podjęli tyle ryzyka, ile ktoś inny w ciągu doby. Ostrzegają innych, by uspokoić siebie. Zaczyna się od domu i rodziców, którzy przenoszą swoje lęki na swoje dzieci, te dzieci na swoje dzieci i na wszystkich dookoła. I tak staje się to prawie że genetyczne 😉

Albo inna forma ostrzeżeń zaczynająca się od: „Nie, tego się nie da zrobić, to niemożliwe do wykonania…” Słyszeliście pewnie o ludziach, którzy dokonali czegoś, bo nie wiedzieli, że to „niemożliwe”. A na pewno znacie ludzi, którzy coś osiągnęli właśnie dlatego, że inni twierdzili, że to niemożliwe. Jeśli ktokolwiek tak Ci mówi, to tylko oznacza, że dla niego dana rzecz jest niewykonalna i wcale nie zależy mu na Twoim powodzeniu, bo za bardzo jest skupiony na szukaniu własnych wymówek.

…więc radzę Ci: nie radź

Oczywiście człowiek z dystansem do siebie, niezależny i asertywny nie weźmie osobiście każdej nieproszonej rady, ponieważ będzie miał świadomość własnych potrzeb. Będzie też umiał kulturalnie wyznaczyć swoją granicę. Co nie zmienia faktu, że może czuć się zmęczony i zirytowany ludźmi, którzy udzielają mu instrukcji na temat własnego życia.

Prawdziwie wolni i niezależni ludzie nie potrzebują narzuconych porad i pomocy. Sami są w stanie o siebie zadbać, w zakres czego również wchodzi proszenie innych o pomoc. Nie mają przed tym żadnych oporów i chętnie po nią sięgają. Jednak wtedy sami sobie wybierają czas i osobę (autorytet), do której się zwrócą. Są też świadomi, że decyzja ostatecznie należy do nich.

Temat jest tak obszerny, że podzieliłam go na dwie części. W drugiej części pokazuję, jak można nieść innym prawdziwą pomoc w sposób dojrzały i nienaruszający ich odrębności.

Na koniec mam dla Was 34-sekundowy brytyjski skecz o pomaganiu oraz zagadkę: do którego punktu pasuje zachowanie mężczyzny?

Ani

 

 

PS Zauważ, że mimo wszystko mężczyzna na początku kulturalnie zapytał, czy może pomóc 😉