Jedną z moich misji jest uświadamianie ludziom, że ich podstawowe potrzeby nie zostały zaspokojone w dzieciństwie, a większość z nas została (mocno) skrzywdzona, dorastając w rodzinach dysfunkcyjnych lub patologicznych. Zatem najważniejszą rzeczą, jaką każdy dorosły powinien zrobić, jest zatroszczenie się o siebie i naprawianie wszystkiego, co zostało zepsute. Uważam, że psychoterapia jest najlepszym antidotum na plagę niepełnosprawnych psychicznie ludzi. Wszystko byłoby pięknie, gdybyśmy nie bali się psychologii i terapii, a zdrowie psychiczne byłoby równie częstym i naturalnie używanym pojęciem, jak zdrowie fizyczne. Pisałam już na blogu, czym jest psychoterapia. A teraz chcę Wam przybliżyć dwie grupy powodów, które nas blokują przed sięgnięciem po pomoc. Pierwsza grupa to nasze wewnętrzne, mentalne ograniczenia. Następna część ukaże się wkrótce.

„To, że ktoś się zgłasza na psychoterapię, nie świadczy o jego bezradności, lecz raczej przeciwnie – o wierze, że może coś w sobie skutecznie zmienić” (Zofia Wrzosińska-Milska).

 

1. Lęk przed zmianą

Wizyta u psychoterapeuty wiąże się z analizowaniem swojego życia, przeszłego czy teraźniejszego, co niesie za sobą spore ryzyko zauważenia wielu defektów i nieprawidłowości naszego myślenia, funkcjonowania. Coraz większa świadomość siebie może prowadzić do chęci i potrzeby zmiany status quo. I właśnie tego się najbardziej boimy. Naturalnie każda, nawet najmniejsza zmiana, wiąże się z pewnym uczuciem niepokoju i niepewności. Natomiast u osób z bardzo wysokim poziomem lęku, co wbrew pozorom stanowi sporą część naszego społeczeństwa, wzbudza ogromne pokłady dyskomfortu lub wręcz paniki. W związku z tym bezpieczniej jest nie zagłębiać się w przeszłość, zaakceptować obecny stan rzeczy, machnąć ręką i żyć dalej. Ale co to za życie… Nawet jeśli co jakiś czas odzywa się stłumiona część naszej osobowości – nasze wewnętrzne dziecko, i krzyczy, że nie jest szczęśliwe, to nasza część bardziej „racjonalna” – nasze dorosłe ja, natychmiast to zagłusza i odsuwa od siebie myśl o jakimkolwiek działaniu. Pojawia się myśl: A co, jeśli tak bardzo się zmienię, że będę chciał rzucić dobrą pracę i pójść za marzeniami, zmienić partnera albo skonfrontować się z własnymi rodzicami?. Boimy się swojego przeobrażenia. Tym trudniej jest nam wyjść ze strefy komfortu, im dłużej tkwimy w błędnych schematach. Jest mokro, ale ciepło i swojsko.

2. Wstyd

Myślisz sobie: „To aż tak ze mną źle, skoro muszę pójść do psychologa?”. Ja bym powiedziała, że byłoby to dziwne, gdyby było z Tobą wszystko dobrze. Nie ma prawa być dobrze, ponieważ nikt nie pokazał Ci, co to znaczy być wolnym i żyć pełnią życia, mieć zaspokojone podstawowe potrzeby, znać w ogóle swoje potrzeby. Nikt nie zapewnił Ci narzędzi pozwalających zrozumieć swoje myśli, emocje, nie dał prawa być jednostką autonomiczną. Możesz być mocno niedokochany. I teraz czas na zrekompensowanie swoich deficytów. Nigdy nie jest za późno, żeby mieć to, na co zasługujemy, do czego mamy prawo. I tylko my możemy sobie to zapewnić, jest to nasza najważniejsza władza na świecie – władza nad sobą. Teraz możemy z tej siły w końcu skorzystać. Bez pytania się kogokolwiek o pozwolenie. Raczej wstydem byłoby to zaprzepaścić 😉

3. Wyuczona bezradność

W polskiej mentalności jest to powszechnie występujące zjawisko. Coś mi się w życiu nie podoba: praca, partner, kraj, własna osoba, ale nie zrobię nic, żeby to zmienić. To znaczy nic, prócz marudzenia i narzekania, jak to źle mam i jaką jestem biedną ofiarą losu. I całe życie tak spędzę, karmiąc się własnym nieszczęściem i niedolą. Paradoksalnie to bardzo wygodne, bo nie trzeba wziąć odpowiedzialności za własne życie. No właśnie! Kogo by obwiniała taka osoba, gdyby w końcu ułożyła sobie życie według własnego uznania? Rodziców, pracodawcę, panią w sklepie? Nikogo już by nie mogła. I to dla niej byłoby najgorsze: zabranie jej narzędzi, którą się codziennie karmi. „Krzywy interes” – tak to określiła jedna z moich ulubionych psychoterapeutek, Katarzyna Miller – „są ludzie, którzy chcą mieć korzyści z krzywdy, którą sami kiedyś doznali. Chcą za to rekompensaty od wszystkich. Są to osoby roszczeniowe, niemiłe, nieżyczliwe innym”. Jest to pierwsza grupa ludzi z bezradnością. A drugą grupa to tzw. „sierotki”. Nie są roszczeniowe, nie wyżywają się na innych, siedzą cicho i toczą walkę ze swoimi myślami: „Na pewno się nie uda”, „Ja tego nie umiem, nie potrafię”, „Nie jestem zdolny”. I żyją w tej uległości i poddaniu wobec świata, przekonani, że inni po prostu mieli większe szczęście od nich.

4. Brak pieniędzy

Ludzi często nie stać na terapię prywatną, a na NFZ są zarówno długie kolejki (czasem do 2 lat), jak i mniejszy wybór dobrych specjalistów. Jednak w Polsce nie jest najgorzej. Jeśli kogoś naprawdę nie stać, a potrzebuje pomocy to warto poszperać, zapisać się na listę oczekujących. Być może da się dość szybko znaleźć terapeutę, który będzie kompetentny. Poza tym NFZ proponuje wiele rodzajów terapii grupowych: od terapii co tydzień po codzienne kilkugodzinne trwające 3 miesiące. Wiele ludzi po prostu nie przykłada dużej wagi do tej sfery życia, bo nie docenia kluczowej roli psychiki na ogólne zadowolenie i radość z życia. Żal im wydawania „tylu” pieniędzy na „zwykłą” rozmowę z psychoterapeutą. Dobrostan psychiczny ciągle przegrywa ze zdrowiem fizycznym, płatnymi studiami (często nieprzydatnymi), a nawet kredytami na samochód, wakacjami czy hucznym weselem. Rzecz jasna nie zachęcam do brania pożyczek. Chcę tylko uświadomić, że wydawanie pieniędzy na te często powierzchowne rzeczy nie zapewni nam długotrwałej satysfakcji, póki nie zadbamy o siebie, o swoje podstawowe potrzeby emocjonalne. Ponieważ wewnętrznie wciąż będziemy „wygłodniali” miłości, zrozumienia, akceptacji. Jeśli chcesz iść do psychologa lub na psychoterapię, a jedyna powstrzymująca Cię rzecz to pieniądze, to nie ma nad czym się zastanawiać. Wystarczy, że masz co jeść, gdzie spać i w co się ubrać, a następną najważniejszą potrzebą powinno być zadbanie o swój stan psychiczny.

5. Brak motywacji: za małe cierpienie

dlaczego nie korzystamy z psychoterapii

Chodzi mi o to, że gdybyśmy bardzo się męczyli z jakimś problemem albo zaburzeniem i to by nam potwornie utrudniało codzienne funkcjonowanie, to zapewne wielu z nas w końcu by sięgnęło po ostatnią deskę ratunku – po terapię, nawet nie do końca wierząc w skuteczność tej metody. A do umiarkowanego cierpienia czy bólu jesteśmy na tyle przyzwyczajeni, że nie czujemy potrzeby jakiejkolwiek transformacji. Na zasadzie: póki jeszcze nie grozi mi gangrena i amputacja nogi, czytaj: mózgu, dam radę dalej to ciągnąć, może samo minie… Nie, nie minie. Niestety takie podejście wynika ze zbyt niskich oczekiwań wobec życia, zadowalania się tym, co się zastało: jak nie jest źle, to znaczy jest dobrze. Ślepa akceptacja rzeczywistości, brak woli walki, brak wiary, że można mieć wpływ na swoje życie. O tyle takie umiarkowane cierpienie jest zwodnicze, bo wydaje nam się, że panujemy nad sytuacją, jednak ostatecznie może doprowadzić do wypalenia lub tragedii.

6. Brak miłości do siebie

Co by Ci przyszło do głowy, gdyby ktoś głośno powiedział, że kocha siebie i to nie w formie żartu, tylko tak szczerze, na serio? Założę się, że większość słuchających od razu by założyła: „Ale narcyz!”, „Co za egoista!”. No właśnie, miłość do siebie – dobrze pojęta miłość własna to temat tabu. Po prostu nie wypada o tym mówić, bo to niby oczywiste i zbędne. A ja uważam, że nic nie jest oczywiste i trzeba wszystko zakomunikować, wyrazić. To ciekawe, że miłość do innych jest tak powszechnie wyznawana, hołubiona i nikt się na to nie krzywi. Bohaterstwem jest kochać innych! Jest to jedno z największych manipulacji i kłamstw, które świat, kultura, religie i rodzice nam wmawiają: kochaj innych, będziesz szczęśliwy. Pomija się najważniejszą część tego przekazu: jeśli nie jesteś dla siebie najważniejszą osobą, to nie masz szans kochać prawdziwie kogokolwiek innego, będzie to miłość chora, toksyczna, roszczeniowa, zaborcza. Ponieważ nikt nas nie nauczył tej sztuki, a raczej nie pozwolił na jej naturalną realizację, to troska o swoje potrzeby, okazywanie sobie miłości w praktyce wzbudza w nas skrępowanie, zakłopotanie oraz sceptyczne zdumienie otoczenia.

Niekochanie siebie jest wyuczonym złym nawykiem” (Mieczysław Wojciechowski, psycholog i mój mentor).

Nie dbamy o swoje zdrowie fizyczne, nie wykonujemy badań profilaktycznych, nie wysypiamy się, zbyt rzadko korzystamy z urlopów, nie fundujemy sobie w ramach szaleństwa drogich prezentów, a pójście do psychologa to ostatnia rzecz, jaka by przez myśl nam przeszła. Psychoterapia? Toż to czysta fanaberia! W głowie mi się poprzewracało! Tak, o dziwo, jeśli nie darzysz siebie prawdziwą miłością, to właśnie wizyty u psychoterapeuty pomogą Ci dostrzec, jak cudowną osobę pomijałeś w swoim życiu. I wtedy również inne aspekty mają szansę się unormować. Zaczniesz w końcu szanować i cenić siebie. A wtedy, zapewniam Cię, nieuchronnie pojawi się prawdziwa, altruistyczna troska o innych, pozbawiona zabarwień: „Bo tak trzeba, bo rodzice mnie tak nauczyli”.

Jeśli znalazłeś/aś siebie chociaż w jednym z wymienionych podpunktów, to pamiętaj, że nie z Twojej winy wierzysz w te przekonania, po prostu dostałeś je w spadku po rodzicach, szkole, kulturze. Natomiast masz wpływ na to, co dalej z nimi zrobisz. Możesz nadal w nich tkwić i nawet umrzeć, żałując na łożu śmierci, że żyłeś, jak Ci kazano. Możesz też zacząć działać. Albo chociaż rozważyć temat 😉

podpis-sygnatura